Niemowlak w podróży

Dziecko w foteliku samochodowymPlan podróży opracowany, samochód zatankowany, wszyscy spakowani i gotowi do wyjazdu. Jest jednak jedno pytanie, na które każda odpowiedź wydaje się być nie do końca dobra. O której wyjechać, by nasz kilku / kilkunastomiesięczny „globtroter” najłagodniej zniósł trudy podróży? Superstary postanowił zebrać redakcyjne doświadczenia. Po burzy mózgów doszliśmy do wniosku, że warianty są trzy, choć każdy z nich ma swoje plusy i minusy.

Mały człowiek z wielkimi potrzebami

O ile podróż z kilkuletnim dzieckiem nie powinna z zasady przysparzać wielu problemów (pod warunkiem, że maluch nie ma choroby lokomocyjnej lub za wszelką cenę nie próbuje wleźć za kierownicę) o tyle wojaże z niemowlakiem na pokładzie mogą okazać się pasmem udręk naszych i jego. Wszystko zależy od elementów, na które nie mamy wpływu (temperament naszego malucha, jego jakże przez nas trudno rozumiane zachcianki, pierwsza okazała kupa po kilku kilometrach od wyjazdu czy wreszcie pogoda) oraz tych, które w pewnej części zależą już od nas. Do tej drugiej grupy można z pewnością zaliczyć porę wyjazdu. Warunek jest jeden – jej odpowiedni dobór musi iść w parze z przyzwyczajeniami naszej pociechy i rytuałem zachowywanym w domu.

Wariant 1 – gdy wilki wyją

Pierwszym z rozwiązań stosowanych przez rodziców jest wyjazd na noc. Po kąpieli, karmieniu i wieczornych czułościach szykujemy dziecko do snu, później usypiamy z tą tylko różnicą, że zamiast kłaść je do łóżeczka pakujemy je w fotelik samochodowy i lotem błyskawicy, aczkolwiek na paluszkach zanosimy do „tymczasowej sypialni na czterech kółkach”. Metoda ta daje nam dość spore prawdopodobieństwo, że maluch – jak ma to w swoim zwyczaju – postanowi przespać noc i dać ojcu i pozostałym współpasażerom spokojnie przemierzać kolejne kilometry. Co więcej – jadąc po polskich drogach kołysanie mamy gratis. Dodatkowym atutem jest brak upału, który bardzo może doskwierać w czasie dziennej jazdy.

Rodzina w samochodzie

Problemy mogą się jednak pojawić w chwili, gdy w miejscu dość odległym od jakiejkolwiek cywilizacji dziecko postanowi obficie oczyścić swój organizm z zalegających w nim resztek przetrawionego pokarmu. Gigantyczna kupa – bo takie przeważnie się zdarzają w najmniej odpowiednich momentach – może okazać się dla nas chwilą prawdy. Musimy liczyć się z tym, że aby nie przeziębić malucha, przewijanie musi się odbyć w zamkniętym samochodzie. Bardziej niż prawdopodobna jest zatem możliwość, że „zapach” po nocnej toalecie będzie nam towarzyszył jeszcze przez dobrych kilkanaście a może i kilkadziesiąt kilometrów, bo o wietrzeniu w czasie jazdy nie ma mowy. Kolejnym minusem nocnej jazdy może się okazać bezsenność naszego dziecka. Wiele niemowląt nie znosi bowiem nocnej poniewierki, a na dodatek źle reaguje na ciemność za oknami. Dzieci czują się zdezorientowane, mogą się też nudzić ponieważ niczego za oknem nie zobaczą. Warto też pamiętać o jeszcze jednym minusie – następny dzień nie będzie dla naszej pociechy taki jak zwykle – sen w podróży nie jest aż tak dobroczynny jak normalny, we własnym łóżeczku i standardowych warunkach.

Wariant 2 – bladym świtem

Druga możliwość to wyjazd bladym świtem, nawet kosztem skrócenia o kilka godzin snu naszego malucha. Argumentów przemawiających za takim rozwiązaniem jest kilka. Pierwszy, że dziecko wybudzone nad ranem będzie chciało jeszcze trochę dospać – a to z kolei może nam zapewnić kilkadziesiąt minut w miarę spokojnej jazdy. Drugi – chyba najważniejszy – że rozpoczynając podróż rano trafiamy na porę, w której większość maluchów jest najbardziej ciekawych świata, uśmiechniętych i beztroskich. Wypoczęte i wesołe dziecko może naprawdę wiele znieść. Na dodatek bez większych problemów zainteresujemy je tym, co dzieje się za oknem, w przypadku spadku jego formy możemy się zatrzymać i zrobić sobie krótki spacer. Łatwiejsze jest także wspomniane już wyżej przewijanie – przy dobrej pogodzie można spokojnie otworzyć drzwi, czy nawet przewinąć malucha pod gołym niebem. Jeśli chodzi o minusy musimy się natomiast liczyć przede wszystkim z trzema rzeczami. Pierwsza – gdy u naszej pociechy ciekawość i chęć poznawania świata bezspornie wygrywa z czerpaniem przyjemności z jazdy samochodem. Wiercące się i wrzeszczące niemowlę może bowiem zamienić podróż w prawdziwy koszmar – co więcej ze szkodą przede wszystkim dla niego. Druga sprawa, to ewentualny upał, o który w późniejszej fazie tak zaplanowanej podróży nie trudno. Wysoka temperatura tylko uciążliwa dla nas, może być bardzo niebezpieczna dla dziecka. I tu należy też pamiętać, że sytuacji nie możemy ratować ekstremalnie nastawioną klimatyzacją – zbyt niska temperatura w samochodzie może być powodem choroby naszej pociechy. Podobnie zbyt duże różnice temperatur między wnętrzem pojazdu a sytuacją na zewnątrz. No i na koniec trzecia sprawa – dobrze znana wszystkim kierowcom. Jazda rano i w środku dnia równa się korki.

Wariant 3 – na podwieczorek

Trzecie prezentowane przez nas rozwiązanie przewiduje wyjazd we wczesnych godzinach popołudniowych. Zwolennicy tego wariantu zwracają uwagę przede wszystkim na to, że dziecku nie zaburza się rytmu dnia, ani nie zarywa nocy. Poza tym większą część drogi można pokonać, gdy za oknem jest jasno, a na dodatek w upalne dni pogoda jest bardziej znośna. Są jednak dwa szczegóły, które idą naprzeciw powyższym zaletom. Po pierwsze, serwujemy dziecku jazdę w samochodzie w zasadzie po całym dniu aktywności, gdy zmęczenie może je dopaść w każdej chwili. Po drugie wyjazdy o tej porze przeważnie kończą się późno w nocy. Efekt jest taki, że maluch, który wraz z kończącym się dniem opada z sił nie może liczyć na solidny odpoczynek. Nie ma mowy o kąpaniu i zachowaniu codziennego, wieczornego rytuału typu mycie, pudrowanie, przebieranie, śpiewanie czy kołysanie. Aha i jeszcze jedno – im późniejsze godziny tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia „minusów” opisanych w wariancie pierwszym.

Szerokiej i bezpiecznej drogi!

Komentarze

Dodaj komentarz